nietakt

Nietakt

Esej o rzeczach, których nie zrobiłem. Nie pojechałem na drugi stok obserwować Lenę. Miałem być po drugiej stronie Alp. Bliżej domu, bo w Austrii. Też nie pojechałem na złość odmroziłem sobie uszy. Mogłem nowe geo znaczniki na fejsa wrzucić. Za pięć stów pooddychać rozrzedzonym powietrzem.

Nikomu się jeszcze nie przyznałem, że gdy była się bawiła, miałem trzy sny. Same dramaty. Uciekała jako pasażerka TIR’em do Polski. Topniejący śnieg (kurcze – to jest jakiś ślad, trop). Jakieś burzliwe wydarzenia wojenne. Ostatnio śniła mi się jeszcze po przyjeździe. Sen musiał być mocny tak bardzo, że wybudził. Ludzie we śnie co prawda budzą się co półtorej godziny, ale nie zawsze o tym pamiętają. To dziwne, bo nie mam ostatnio innych snów. Po pierwsze sny są prawie zawsze odbiciem naszych ukrytych pragnień i dlatego myślę raczej o zmianie lekarza i dealera. Jednak raz na 100 razy (średnio) we śnie widzimy „nie nasze” rzeczy. Czyjąś faktyczną sytuację życiową, prawdziwe wydarzenia, których normalnie nie mamy możliwości zarejestrować.

Po lewej od krzesła stoi ciepły balantajn a po prawej odgazowana kola z izoglukozą z kukurydzy. Nie mogę mieć zatem do nikogo żalu, ze mi pisanie nie wychodzi, bo miałem zmierzać do tego:

Lena podsyła mi listy z gotowymi wpisami ostatnio. Zamiast się cieszyć z tego daru myślę o laptopie. Kalectwo nieumiejętności przyjmowania prezentów i dawania. To się jakoś wiąże z poprzednim wpisem.

[godzinę i trzy filmy na YT później]

Zmierzałem do tego, że odpisałem jej polecając aplikację na Androida. Nie przepraszam, bo zajmowałbym się tym cały czas. Liczę po cichu, że wybaczy, bo czego spodziewać się po kimś kto dostawszy wino płacze trzy dni.

les orres narty

POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI

Pomarańczowe Lambo zostało w garażu. Nawet odetchnełam z ulgą. Pomyślałam, że przynajmniej nie będzie mi odganiał potencjalnych kandydatów na cokolwiek, choćby na stawianie drinków w barze. Tak, tak, jestem właśnie taka jak większość kobiet podbiegających pod trzydziestkę. Patrzę tylko gdzie i jak obbrzytwić.

Nie zastanawiałam się długo dlaczego w końcu postanowił nie jechać do Garniś Parten Kirsien. Chociaż podobno zależało mu bardzo. Po tych wszystkich ekscesach, których mi dostarczył było jasne, że musi jechać BO JA JADĘ. Stało się jednak inaczej. Utwierdziłam się tylko w przekonaniu, że to niezły popierdoleniec (podobno nie jego wina). O tym jednak w innym poście.

Ucieszona choć spóźniona w podskokach popędziłam w stronę mojego przeznaczenia. Czułam tę wolność i swobodę. W końcu mogłam zrzucić plecak, odetchnąć, zabawić się. W powietrzu czułam już tylko zapach seksu i marihuaniny a w ustach smak whisky z colą bądź spritem (swoją drogą sprite jest zajebistą alternatywą dla coli, smakuje równie wybitnie). Jak małe dziecko biegłam w stronę słońca, z uśmiechem od ucha do ucha.

powrot-do-przeszlosciNic kurwa jednak nie trwa wiecznie. Za piękne żeby było prawdziwe. Coś przecież musiało stanąć na drodze do mojego szczęścia. Los sprawił mi małego psikusa. Wbiegając do busa pierwszą twarzą, którą zobaczyłam nie była twarzą pilota wycieczki, była twarzą Restauratora*. Tak kurwa, twarzą kolesia, który rozjechał mnie kiedyś jak ciężarówka małego jeża. Raz do przodu, dwa poprawiając na wstecznym biegu. Została ze mnie miazga. Zlepek czegoś, co musiałam poskładać w jedną kupę. Nie było lekko. To teraz odczuwam skutki tego zderzenia.

To se kurwa polatałam. Chciałam uciekać ale nie było dokąd. Czekała mnie długa podróż z kimś o kim nie chciałam myśleć, słyszeć, kogo nie chciałam widzieć. Pomyślałam, że jestem psychiczna i to bardzo a cała ta sytuacja po prostu nie może mieć miejsca.

Takie coś nie zdarza się NORMALNYM, ZDROWYM LUDZIOM.

W jednej chwili prysnął sen o wolności. Spięta jak agrafka uważałam już na każde ą i ę. Pojebane, wiem ale cóż…

* jest dla mnie jak Strażnik Teksasu, jak kula u nogi. Będzie o nim nie jeden wpis. Jak dla mnie jest numerem 1 w zdobywaniu najcenniejszych doświadczeń