hipopotam

Ryba która wodzi oczyma

Poskoczek mułowy czy jakoś tak. Kilkanaście lat temu mieliśmy z Żydem i Arabem pasję czyli akwarystykę. Zero rodzin. Na utrzymaniu tylko sklepy monopolowe i inne rozrywki. To co zostawało szło na akwaria. Żyd miał suma którego karmił skrzydełkami z kurczaka. Szkoda, że się nie zrealizował w filmach grozy i dobrze, że ten sum nie ujebał mu ręki przy łokciu.

Ja dostałem od Araba nieistniejący nigdzie gatunek ryby nazwany przez niego “Gębaczuś”. To coś pewnie było krzyżówką jakiegoś hodowcy, który zaniedbał prowadzenie linii, porzucił zabawki w piaskownicy. Gębaczusie były łatwe w hodowli. Ich przodkowie mieszkali w Afryce. Dostałem kilka maleńkich rybek od 5mm do 2cm od Araba. Wyhodowałem do rozmiarów filetu z morszczuka, wyłowiłem i zjadłem pewnej ponurej nocy (Z Vegetą). Później nie odzywał się do mnie z 5 lat z tego powodu.

Arab wdrapał się na Annapurnę hodowców, akwarystów. Miał (trudno to nazwać) akwarium płytkie z plażą, skałami, piaskiem. Bardziej terrarium. A w nim te poskoczki mułowe. Ryby wyłaziły na “plażę” i wbrew filmom przyrodniczym nie taplały się tyko i wyłącznie w błocie. Wychodziły na ten brzeg, wspinały się na skały i wygrzewały w żarówce (ja pierdolę! – ryby). To jeszcze nic. Miały oczy osadzone na teleskopach jak ślimaki i ruszały głowami. Gdy ktoś podchodził do akwa-terrarium RYBY PACZYŁY NA NIEGO z zadumą i oczekiwaniem na karmę.  Obracały wszystkie głowy np w moją stronę i badawczo oglądały człowieka jak stado reniferów (ja pierdolę! – to przecież ryby). Leżały na tym lądzie podniesione na płetwach piersiowych niczym Syreny z mitologii.

W tym szczycie fascynacji akwariami wybraliśmy się kiedyś do ZOO. Ja fundowałem bilety, bo już nie inwestowałem w akwaria. Poza tym żywiłem się rybami Araba (o czym jeszcze nie wiedział :)

W hipopotamarium wydarzyło się coś dziwnego. Żyd powiedział zupełnie poważnie “chciałbym żeby były takie maleńkie dziesięco centymetrowe hipcie bym mógł je trzymać w akwa i paczeć jak się taplają w błocie i wąchać jak śmierdzą jak ten 3,5 tonowy w ZOO”. Konsternacja trwała dłuższą chwilę. Po długich sekundach roześmiał się upiornym rechotem Arab jakby właśnie wysadził autobus w TelAviv’ie. Szczerze to nie wiedziałem jak się w tym zachować. Żyd miał rozmarzone oczy i zdawał się przy tym być poważny jak nigdy przedtem. Śmiech Araba wyraźnie go ranił. Podniosłem brew w zdziwieniu i wylazłem od tihopotmaów. Śmierdziało, że szczypało w oczy.

Minęło z dziesięć lat, dawno zapomniałem o tamtym wyjeździe. Zabrałem tym razem własne dziecko. Ona też uwielbiała pomieszczenie z hipopotamem. Wystawił łeb z wody, łeb wielkości Dełu Tico i zaryczał. Trzymałem ją na rękach – tylko mocniej się we mnie wtuliła. Zapytała czy są takie “małe” a jeśli tak to czy możemy je kupić w zoologicznym i trzymać razem z gupikami i welonkami.

To był moment, dzień, w którym zrozumiałem, wszystko się ułożyło w logiczną całość. 

hipopotam