wesele

JUŻ MI NIOSĄ SUKNIĘ Z WELONEM…

… nie, nie mnie innej, której cholernie bardzo zazdroszczę tego stanu. Kolejny już, który po “związku” ze mną w przeciągu paru miesięcy żeni się albo jak kto woli wychodzi za żonę. Chyba otworzę działalność gospodarczą albo zwrócę się do rządu tego marnego kraju o zwrot poniesionych kosztów związanych z dbaniem o przyrost naturalny.

Tak na poważnie jednak, to co JA IM KURWA TAKIEGO ROBIĘ?! I może mnie ktoś mogły zrobić coś podobnego, żebym mogła już osiąść na stałe, zacumować. Chciałabym zapytać każdego z nich ale wiem, że szczerej odpowiedzi nie otrzymam nigdy. Boli to jakoś i męczy strasznie, sama nie wiem dlaczego. Może to poczucie bycia wybrakowanym elementem układanki, do której ni chu ja się nie pasuje.

Wybranką serca mojego niedoszłego narzeczonego Restałratora jest sama doktor Quinn pediatra z górskiej krainy… a może powinnam napisać psychiatra… Wybór chyba trafny, opatrzy obdarte kolanko i wytrze nosek jak będzie potrzeba. I żeby była jasność, nie śledziłam nikogo. Po prostu wieści rozchodzą się szybko, a i znajdzie się wiele “życzliwych” donosicieli. Dla zabawy dokopać i tyle.
Wszystko może i było by dobrze, gdyby nie to, że człowiek (kobieta) cały czas, bez przeryw najzwyczajniej w świecie MYŚLI choć wcale nie chce. Zastanawia się, czy mogłaby być na jej miejscu, jak ona wygląda, w czym jest lepsza i takie tam. W ogóle bezpodstawne i niepotrzebne katowanie samej siebie. Bez sensu. Prawda przecież jest zupełnie inna. Prawda jest brutalna i dla wielu niedorzeczna.

Ze mną serio musi być coś nie tak. Wierzę, że gdy odkryję czym jest to COŚ odnajdę upragniony spokój i wszystko ułoży się w jedną całość. Może jestem naiwna ale w coś wierzyć przecież muszę, prawda? Każdy z nas jest taki sam – pociesza siebie samego poklepując po plecach. W rzeczywistości chciałabym bardzo być na jej miejscu, wybierać kolor zastawy trenując przy tym kroki pierwszego tańca weselnego, bez względu na wszystko co mogłoby się wydarzyć po drodze. Ile nieszczęść, wylanych łez czy czegokolwiek tam jeszcze. Kompletnie przestało mi zależeć na prawdziwości, mogłabym poudawać. Jestem przecież fikcją, nieosiagalną nawet dla samej siebie osobą.

Świat jest jednym wielkim placem zabaw. Pamiętamy o tym w dzieciństwie a później o tym zapominamy. Potrafimy z tego korzystać jedynie przy założeniu otrzymania odpowiedniej dawki miłości, co w dorosłym życiu może zaprocentować w postaci w miarę poukladanego, normalnego i prawdziwego życia. Można też skończyć tak jak ja, czego stanowczo nie polecam.

Nie wiem ile jeszcze będzie takich sytuacji ani jak długo będę miała te dziwne właściwości naprowadzania ludzi na chyba właściwe tory, więc korzystajcie jeśli chcecie albo sami znacie kogoś kto szybko chciałby załatwić sprawę – zgłaszajcie się, piszcie, dzwońcie.

Tymczasem idę lizać rany, w samotności… bo mi strasznie głupio, że jestem w czymś aż tak dobra.