krakdent1

Rzeźnia na poziomie Ultra Przemoc

Slaughter on Ultra Violence. Najpierw rozwinę pojęcie UV. Nie chodzi tutaj o krem z filtrem do opalania. Dawno, dawno temu w odległej galaktyce, była taka gra na PC jak Quake. Były to czasy w których połowa z Was czytelników raczkowała lub była zygotą, gry pisało kilku gości żrąc tanią pizzę. Własnie kilku takich zrobiło Quaqe’a. Zarobili na tym tyle hajsu, że przez trzy lata zwycięzca turnieju w tę grę otrzymywał Ferrari (takie prawdziwe). Sukces tej gry wynikał, moim zdaniem, z olbrzymiej ilości świeżych pomysłów, chrupiących jak seler naciowy.

“Zwykłe” gry miały np. 3 poziomy trudności:

– Izi – łatwy.

– Midium – średni.

– Chart – taki szczupły pies…

Quake miał jeszcze poziom, z przymrużeniem oka, ULTRA VIOLENCE. Potwory wychodziły nawet z fug między kafelkami. Trzeba było robić małe kroczki jak gejsza by nie wyjebać się na śliskiej od krwi podłodze.

krakdentŻycie ustawiło dla mnie poziom HARD i dlatego nie interesują mnie wesołe miasteczka, przerażające zjeżdżalnie, skoki na bandżi lub z samolotu. Od czasu do czasu sam sobie ustawiam poziom Ultra Violence by codzienne “hard” wydawało mi się lżejsze. Np trzydzieści godzin bez snu i 600 km przez pustynię by dotrzeć do hotelu w izraelskim klinie między Jordanią i Egiptem. Albo targi “Krakdent“. Nie macie pojęcia jak ciężko jest się przeciskać w tysięcznym tłumie z którego znaczna część jest 15 lat młodsza i zarabia dziennie tyle co ja w dobrym miesiącu gdy jeszcze miałem pracę. To jest prawdziwe Ultra Violence dla człowieka z zaniżonym lub brakiem własnej wartości.

Nie wiem skąd mi się wzięła myśl, że będziemy na tych targach godzinę do dwóch. Gdy usłyszałem “5” nawet się do siebie uśmiechnąłem jak uV zmienia się w uV x 5. Po godzinie miałem dosyć. Nie sposób udawać zainteresowania czymś o czym nie ma się zielonego pojęcia, ale próbowałem. W pewnej chwili zapytałem M1 “czemu te wiertła są takie duże?“. Że niby do zębów mamuta albo tygrysa jaskiniowego. M1 – “Bo to nie są wiertła tylko narzędzia dla techników protetyki“. Odparłem moje zwyczajowe “Mhmm“, ale to wystarczyło by hostessa z konkurencji mnie wyhaczyła. Swoją drogą bardzo nieładna praktyka łowić rybki w cudzym stawie. To jest odbijać klientów z konkurencyjnego stoiska.

Zapytała czy jestem zainteresowany (nie pamiętam czym). Odparłem, że nie, ale ona (tu wskazałem na M1) być może. Myślałem, że panna czepi się tramwaja i sobie pójdzie. Na to ta 20-o latka mówi: “Żona… coś tam, coś tam”. Krzyknąłem przez rzekę ludzi do M1: “Jesteś moją żoną, słyszałaś?”. Obśmiała się, zeskanowała wzrokiem apetyczną hostessę i wróciła do swoich zajęć. A to biedne dziewcze jakby się w sobie zapadło.

– Bardzo Pana przepraszam. Teraz trzeba uważać co się mówi bo jest inaczej, świat się zmienił, obyczaje (czy coś w ten deseń).

– Nic nie szkodzi. Jest okay.

– Naprawdę bardzo przepraszam. Ten Świat (poczerwieniała na twarzy, bardzo się speszyła i zaczęła wycofywać z niezręcznej sytuacji)

Wymamrotałem pod nosem raczej do siebie. Bardzo cicho. Jednocześnie, dla zmyłki, uśmiechając się do tej dziewczyny by jej przykro nie było niepotrzebnie.

– Nawet nie masz pojęcia jak bardzo ten Świat jest, będzie i dla Ciebie popierdolony.

Później siedziałem w korytarzu między halami wystawowymi. Naciągnąłem kaptur kurtki na głowę bo zainstalowali tam wentylację i wiało zimnym powietrzem. Piłem znośną kawę i oglądałem jakieś www na telefonie. Kątem oka widzę, że trzy hostessy się przemieszczają do drugiej hali a innego korytarza nie ma. Wśród nich była i Ona, tzn Ta. Była pewna, że nie widzę ich spod kaptura, ale zauważyłem jak daje znaki, szarpie za ramiona te dwie pozostałe by zawrócić. Pewnie im się nie przyznała, że tam na ławce siedzi taki Zły Pan. Pewnie też potrafi czytać z ruchu ust.

oliwki-kroleskie

Człowiek patrzący w ziemię

Nie będę przynudzał dzisiaj o tym jak to fundamentem wszelkiego sukcesu w życiu jednostki jest jej wiara we własne siły. Poczucie własnej wartości. Jakiekolwiek poczucie bez podawania jednostek, bez skalowania. By cokolwiek osiągnąć należy widzieć cały czas obraz siebie o jakiejś wartości. Im wyżej tym lepiej oczywiście. Temat rzeka i wejdę do niej nie raz.

Łatwo takich ludzi rozpoznać. Nie patrzą w oczy i wciąż wzrokiem zamiatają podłogę. Gdy wypadnie im kruszyna popcornu z katonu w Multikinie wpadają w panikę, lecą do Reala kupić szufelkę i zmiotkę. Przepraszają, że żyją zanim powiedzą dzień dobry. Dzień dobry mówią z trudem ponieważ każdy ich dzień jest chujowy a nie dobry. I tak dalej i tak dalej.

Trochę z tego wychodzę, bo patrzę wyżej. Będąc dziś w markecie właśnie tak patrzyłem. Wiadomo, że marketingowcy każą ustawiać drogie towary wysoko nawet ponad linia wzroku. Mało kto po nie sięga. Poza tym wysokość ma podkreślać wartość towaru.

Wtem! Heloł! Fak! Oliwki Królewskie! Szukałem ich od dawna. Myślałem, że oliwki tych rozmiarów są jakimś hoaxem. Sądziłem, że bierze się zwykłe oliwki z niskiej półki i nadyma je jak żaby. No nie wiem, kurde, jak, ale z pewnością nie występują w przyrodzie. Zawsze kupowałem gówniane oliwki w woreczkach z napisem “Tesco” albo “Do spożycia przez nic nie warte, beznogie gady pełzające po podłodze“.

Pacze i widzę cenę 10 zł i 49 groszy za maleńki słoiczek. Myślę; przecież za tę kasę mógłbym pojechać do Włoch i narwać sobie tych oliwek cały bagażnik i jeść je i jeść. Wtedy sobie przypomniałem jak zjadłem M całą miseczkę takich oliwek. Nie macie pojęcia co to poczucie winy. A jeśli macie to właśnie w tej chwili dotknęło mnie to z olbrzymią siłą. Tia.

oliwki