les orres narty

POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI

Pomarańczowe Lambo zostało w garażu. Nawet odetchnełam z ulgą. Pomyślałam, że przynajmniej nie będzie mi odganiał potencjalnych kandydatów na cokolwiek, choćby na stawianie drinków w barze. Tak, tak, jestem właśnie taka jak większość kobiet podbiegających pod trzydziestkę. Patrzę tylko gdzie i jak obbrzytwić.

Nie zastanawiałam się długo dlaczego w końcu postanowił nie jechać do Garniś Parten Kirsien. Chociaż podobno zależało mu bardzo. Po tych wszystkich ekscesach, których mi dostarczył było jasne, że musi jechać BO JA JADĘ. Stało się jednak inaczej. Utwierdziłam się tylko w przekonaniu, że to niezły popierdoleniec (podobno nie jego wina). O tym jednak w innym poście.

Ucieszona choć spóźniona w podskokach popędziłam w stronę mojego przeznaczenia. Czułam tę wolność i swobodę. W końcu mogłam zrzucić plecak, odetchnąć, zabawić się. W powietrzu czułam już tylko zapach seksu i marihuaniny a w ustach smak whisky z colą bądź spritem (swoją drogą sprite jest zajebistą alternatywą dla coli, smakuje równie wybitnie). Jak małe dziecko biegłam w stronę słońca, z uśmiechem od ucha do ucha.

powrot-do-przeszlosciNic kurwa jednak nie trwa wiecznie. Za piękne żeby było prawdziwe. Coś przecież musiało stanąć na drodze do mojego szczęścia. Los sprawił mi małego psikusa. Wbiegając do busa pierwszą twarzą, którą zobaczyłam nie była twarzą pilota wycieczki, była twarzą Restauratora*. Tak kurwa, twarzą kolesia, który rozjechał mnie kiedyś jak ciężarówka małego jeża. Raz do przodu, dwa poprawiając na wstecznym biegu. Została ze mnie miazga. Zlepek czegoś, co musiałam poskładać w jedną kupę. Nie było lekko. To teraz odczuwam skutki tego zderzenia.

To se kurwa polatałam. Chciałam uciekać ale nie było dokąd. Czekała mnie długa podróż z kimś o kim nie chciałam myśleć, słyszeć, kogo nie chciałam widzieć. Pomyślałam, że jestem psychiczna i to bardzo a cała ta sytuacja po prostu nie może mieć miejsca.

Takie coś nie zdarza się NORMALNYM, ZDROWYM LUDZIOM.

W jednej chwili prysnął sen o wolności. Spięta jak agrafka uważałam już na każde ą i ę. Pojebane, wiem ale cóż…

* jest dla mnie jak Strażnik Teksasu, jak kula u nogi. Będzie o nim nie jeden wpis. Jak dla mnie jest numerem 1 w zdobywaniu najcenniejszych doświadczeń

obiektyw-canon-800mm

PsychoFan

Lena jedzie na wakacje. Jak przystało na profesjonalnego psychofana i ja muszę udać się do Francji której szczerze nie cierpię, do miejscowości, która ma w nazwie złoto. Za dotację unijną kupię taki obiektyw jak w obrazku wyżej, zamieszkam na drugim zboczu góry, naprzeciwko. Będę ją obserwował i zdawał Wam relację Live, bo ona pewnie nie ma abonamentu na dane w roamingu. Służba nie drużba. Obowiązki wzywają.

zloto

 

cetetka-na-nartach

ZIMOWE IGRZYSKA ŚMIERCI

Jak Wam już wiadomo jestem “córeczką tatusia”, a co za tym idzie także Księżniczką. W swoim otoczeniu mam wiele koleżanek po fachu. Jedne bywają bardziej księżniczkowate inne mniej. Te pierwsze pochłaniają więcej mojej energii przy tych drugich chyba sama ładuję baterie, potrzebne do codziennej walki.

Jedna z psiapsiółek (nazwijmy ją Księżniczka Nr 1 – będzie o niej pewnie jeszcze nie jeden wpis), zaproponowała wspólny wyjazd w góry, na narty. Miał to być wyjazd fantastyczny. Fantastyczny bo cetetkowy, wspólna jazda na nartach, wspólne posiłki, pogaduchy, wieczorne wyjścia. Brakowało tylko jeszcze wspólnego puszczania bąków. Nadmienię, iż wszystko co cetetkowe jest do szpiku kości agresywne, tyle tylko, że oblane solidnie dużą ilością lukru. Zakonserwowane tak, że aż się mdło robi.
W skali agresywności od 1 do 10, Nr 1 spokojnie zasługuje na 11.

Przez całe 3 dni spędzone z Księżniczką Nr 1 czułam tę negatywną energię. Zastanawiałam się nawet, co takiego może się wydarzy, gdzie ona da upust tej złości skumulowanej chyba w jej własnej dupie. W pobliżu nie było przecież nikogo, nikogo poza mną oczywiście. Myślałam: “nie, to niemożliwe, przesadzasz”… Drugiego dnia pobytu zdarzyło się jednak coś, o czym wolałabym nie pamiętać. Odbyła się prawdziwa legalna cetetkowa masakra kijem metalowym na stoku. Nr 1 (pierwszy raz w życiu na nartach – nie pomógł nawet wynajęty instruktor) z całym impetem wjechała we mnie, podcinając mi nogi i waląc kijem narciarskim prosto w twarz. Szok jaki przeżyłam w tamtym momencie znieczulił ból, który przyszedł później. Czułam tylko pulsujące usta i zalewającą mnie ciepłą krew, która pod wpływem zimna krzepła w ciągu kilku sekund. Jej w końcu zeszło ciśnienie gromadzone pewnie od jakiegoś czasu, uspokoiła się a mnie tylko obniżył się poziom płytek krwi. Podczas podróży na ostry dyżur sprawdziłam stan uzębienia. Były wszystkie, odetchnęłam z ulgą. Obyło się także bez szycia ale do dnia dzisiejszego językiem wyczuwam małe zgrubienie na dolnej wardze. Taki mały defekt, pamiątka z zimowych wakacji.

Ostatni dzień był już tylko czasem pakowania i mojej modlitwy o szczęśliwy powrót do domu. Nr 1 była kierowcą. Istniało przecież duże prawdopodobieństwo, że skoro nie udało jej się zabić mnie na stoku, będzie chciała tego dokonać w drodze powrotnej.
Uszłam z życiem. Wróciłam do domu. Zmęczona fizycznie i psychicznie (a były to tylko 3 cholerne dni), dałam radę jedynie doczołgać się do łóżka by naciągnąć kołdrę i zasnąć. Tak bardzo chciałam odpocząć.

Na dobre wyleczyłam się ze wspólnych wyjazdów z jakąkolwiek agresywną istotą. Jasne, że zdarzają mi się wpadki i daję się nabrać na ten lukier. Obserwuję wtedy bacznie otoczenie i maksymalnie skupiam się na własnym bezpieczeństwie. Po co ryzykować i jakim kosztem ma się to odbyć. Do czego musi dojść , żeby w końcu zrozumieć, żeby dotarło, że bycie „córeczką tatusia”, do tego bardzo agresywną nie wróży niczego dobrego a wręcz przeciwnie sprowadza na człowieka same nieszczęścia.

Nr 1 nie powiedziała nawet przepraszam.