my-slowianie

Lukszoria Abharbra (lub coś w tym rodzaju)

Ponoć za tłusta na modelkę postanowiła się odegrać w teledyskach i u Kupy Wojewódzkiego. Gdybym potrafił zapamiętać jej pseudonim sceniczny z pewnością bym go hasztagował.

Jem sobie kurę podwójnie smażoną w sosie słodko-kwaśnym. Nie mam w ogóle focusa w oczach. Patrzę na małego Chińczyka i tatę Chińczyka i Chinkę, jak tworzą wspaniałą polską rodzinę. Z salonu fitness wyszła młoda para i wlazła mi w kadr. Dziewczyna podobna do tej Lukszorii. Typowa brunetka o błękitnych oczach. Pewnie zastosowała jakiś tutorial makijażu “mejkap lukszoria”. Chłopak o kartoflanej urodzie. Wyciska 220 kg lewą ręką.

Nudy, nie? No i ta Lukszoria całuje się z fitnesem. Widok ten był tak nieapetyczny jak widok mewy karmiącej pisklęta przeżutymi i częściowo strawionymi kawałkami sardynek. Dlatego przesunąłem wzrok o 15 stopni i skupiłem jeszcze bardziej na małym Chiniątku.

Wtem Lukszoria odwraca się do mnie, chwilę zwleka z komunikatem. Czego może chcieć? Wracam na nią wzrokiem. Dokładnie reguluję ostrość idealnie w jej kocich oczach i czekam na komunikat. Skubana przeczekała chwilę na moją uwagę, aż przestawię się na jej kanał. Awesome. Też bym chciał tak umieć.

Mówi:

– Bo my się bardzo kochamy.

Uśmiechnąłem się do niej niesymetrycznie w myślach przewijając listę adekwatnych do sytuacji odpowiedzi. Czysto hipotetycznie. Zapomniałem wspomnieć, że byłem przytkany sporym kawałkiem kurczaka.

Odpowiedzi:

A: Jebie mnie to.

B: Gratukurwalacje.

C: Jeśli głębiej temu kartoflowi wsuniesz język to wyciągniesz mu z gardła kapsułkę L-Arganiny albo FatBurnera.

D: Tak?

E: Podaj mi choć jeden powód dla którego miałoby mnie to interesować.

les orres narty

POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI

Pomarańczowe Lambo zostało w garażu. Nawet odetchnełam z ulgą. Pomyślałam, że przynajmniej nie będzie mi odganiał potencjalnych kandydatów na cokolwiek, choćby na stawianie drinków w barze. Tak, tak, jestem właśnie taka jak większość kobiet podbiegających pod trzydziestkę. Patrzę tylko gdzie i jak obbrzytwić.

Nie zastanawiałam się długo dlaczego w końcu postanowił nie jechać do Garniś Parten Kirsien. Chociaż podobno zależało mu bardzo. Po tych wszystkich ekscesach, których mi dostarczył było jasne, że musi jechać BO JA JADĘ. Stało się jednak inaczej. Utwierdziłam się tylko w przekonaniu, że to niezły popierdoleniec (podobno nie jego wina). O tym jednak w innym poście.

Ucieszona choć spóźniona w podskokach popędziłam w stronę mojego przeznaczenia. Czułam tę wolność i swobodę. W końcu mogłam zrzucić plecak, odetchnąć, zabawić się. W powietrzu czułam już tylko zapach seksu i marihuaniny a w ustach smak whisky z colą bądź spritem (swoją drogą sprite jest zajebistą alternatywą dla coli, smakuje równie wybitnie). Jak małe dziecko biegłam w stronę słońca, z uśmiechem od ucha do ucha.

powrot-do-przeszlosciNic kurwa jednak nie trwa wiecznie. Za piękne żeby było prawdziwe. Coś przecież musiało stanąć na drodze do mojego szczęścia. Los sprawił mi małego psikusa. Wbiegając do busa pierwszą twarzą, którą zobaczyłam nie była twarzą pilota wycieczki, była twarzą Restauratora*. Tak kurwa, twarzą kolesia, który rozjechał mnie kiedyś jak ciężarówka małego jeża. Raz do przodu, dwa poprawiając na wstecznym biegu. Została ze mnie miazga. Zlepek czegoś, co musiałam poskładać w jedną kupę. Nie było lekko. To teraz odczuwam skutki tego zderzenia.

To se kurwa polatałam. Chciałam uciekać ale nie było dokąd. Czekała mnie długa podróż z kimś o kim nie chciałam myśleć, słyszeć, kogo nie chciałam widzieć. Pomyślałam, że jestem psychiczna i to bardzo a cała ta sytuacja po prostu nie może mieć miejsca.

Takie coś nie zdarza się NORMALNYM, ZDROWYM LUDZIOM.

W jednej chwili prysnął sen o wolności. Spięta jak agrafka uważałam już na każde ą i ę. Pojebane, wiem ale cóż…

* jest dla mnie jak Strażnik Teksasu, jak kula u nogi. Będzie o nim nie jeden wpis. Jak dla mnie jest numerem 1 w zdobywaniu najcenniejszych doświadczeń