poczta-glosowa

Nikt już nie używa poczty głosowej

Nikt się już nie nagrywa na automatyczne sekretarki. Kiedy ludzie się jeszcze nagrywali to nie odsłuchiwałem wiadomości w jakimś irracjonalnym przeświadczeniu, że skoro już ktoś się nagrał to na bank jest to jakaś zła wiadomość. Wciskałem tylko guzik “5” – kasuj, 5, 5, 5, 5, … Wcześniej były jeszcze telefony stacjonarne z takimi małymi kasetkami magnetofonowymi. Dzisiaj będzie bez technologii. Napiszę tylko jeszcze, że smartfony wykończyły wiadomości głosowe i instytucję automatycznej sekretarki. Teraz można człowieka osaczyć mejlem, fejsbukiem, whatsapem, wszystkim.

Przypomniało mi się jeszcze jedno wstydliwe wydarzenie związane z czytaniem cudzej korespondencji. Wydarzenie tak mało prawdopodobne jak trafienie szóstki w Lotto.

Pierwsza połowa lat dwutysięcznych. Miałem wtedy jeszcze kultowy numer z Plusa 601 26 90 30. Taki posrebrzany. W Polsce było może pięć milionów abonentów. Wybrałem losowy numer w Plusie – I nieprawdopodobieństwo polegało na tym, że numer istniał i działał. II nieprawdopodobieństwo; telefon był akurat wyłączony. III miał poprawnie skonfigurowaną automatyczną sekretarkę ze zdalnym dostępem (z innego numeru np). IV nonsens: Wbiłem hasło. Zupełnie bez wiary. Wpisałem coś w rodzaju 4567. Wiem tylko, że nie było to 1234. Trafiłem za pierwszym razem chociaż nie miałem zamiaru trafiać. Odsłuchałem pierwszą wiadomość głosową do połowy.

Odtwarzam ze strzępków informacji, z kilku zdań cały pejzaż. Posiadaczką numeru musiała być piękna kobieta pracująca w Warszawie w jakimś międzynarodowym koncernie. Jakiś obcokrajowiec (po głosie sądząc) murzyn czynił jej awanse. W izi inglisz. Bez rezultatu raczej. Kochał się w niej i w ogóle robił z siebie idiotę jak ja lata później. Nie odsłuchałem do końca. Zepchnąłem na dno pamięci. Teraz gdy trzeźwieję z bezsensownych platonicznych miłości to wyszło na powierzchnię.

Piszę o tym ponieważ ta historia pokazuje, że rzeczy nieskończenie nieprawdopodobne mogą mieć miejsce. Choćby tylko jeden raz.