tramal-cena-apteka

Apteke

Jest w “mojej” miejscowości taka apteka w której nie ma pozorów misji ani jakiegoś tam pomagania. Właściciele postanowili zmiażdżyć konkurencję i trzeba im przyznać, że dają radę. Działa to tak. Lekarstwo (tfu) jest refundowane przez NFZ w jakimś stopniu. To znaczy, że wszyscy za nie płacimy a kasę dzieli premier Tuszczenko i jego urzędnicy. W normalnej aptece wystarczy, że zarobią ustawowe 14% i ales. W aptece sprytnej rezygnują z 14% wabiąc mnóstwo klientów. Ba – czasem posuwają się do dumpingu. Z czego zatem żyją? Otóż koncerny farmaceutyczne i gangi apteczne znalazły sposób by podzielić się pod stołem zyskiem. W Polsce skorumpowanej poza granice przyzwoitości wiele z leków jest najdroższych na Świecie mimo nie urywających dup zarobków.

Wszyscy są zadowoleni. Właściciele apteki mają stajnię Porsche Cayene, barany tłoczą się po tanie leki, które nic nie leczą, itede. W tym oczywiście i ja. Ale to nie jest wpis o teorii spisku a za Cayene ja osobiście zrobiłbym gorsze rzeczy.

W wyżej wymienionej aptece jest pięć stanowisk i kolejka płynnie rozchodzi się do tych pięciu wodopojów. W jednym stała sprzedawczyni o filmowej urodzie. Trochę przypomina żonę Polańskiego tylko jest dwa razy ładniejsza i tyleż młodsza. Liczyłem prawdopodobieństwo trafienia do niej. Tu męczydupa-hipochondryk kupuje wszystkie suplementy w promocji nawet te na menopauzę. Tam weteran SB. Dalej zatroskana matka dopytująca ile jest witaminy B6 w tranie. Jakby, kurwa, aptekarka znała się na rafinowaniu dorsza albo łososi i na ściekach z norweskiej wędzarni.

Z zasługujących na uwagę klientów: Atrakcyjna lekarka po czterdziestce. Skąd wiem, że lekarka? Szósty zmysł. Wyczuwam je jak Reksio wędlinę. Poza tym ryła się do przodu przyzwyczajona do własnych przywilejów lecz w pewnym momencie przypomniała sobie o grze jaką ma odegrać. Grała pacjentkę, której wcale nie zależy na wykupieniu “leku” a imię jego było Czterdzieści i Cztery (żartowałem)  Tramal. Se pomyślałem: “Fak! Ładnie się zabawiamy”. Poziom hard. Jak dr. House z vicodinem. Aptekarka o zatroskanym pyszczku ostrzegła o kończącym się terminie ważności. Lekarka udała, że się waha. Nawet wykonała gest machnięcia ręką, ale gdy smarkula zaczęła się obracać na pięcie by odnieść Tramal, ta ją przywołała, teatralnie zmieniając zdanie. A nie niech tam – stracę… Ta… Opium im starsze tym lepsze jak dobre wino. Zdrówko.

Po mej lewicy, przy innym okienku, przycupnęła starsza, dystyngowana pani. Całą sobą błagała: “Ciszej, do cholery, ciszej”. Oczywiście jej błagania nie zostały uwzględnione. Jebana aptekarka głośno rzygnęła COOAAAXILLL. Ofiara aż skuliła się w sobie. Po czym dodała: “Przynieść tańszy zamiennik?”. Pomyślałem: “Nie widzisz, kurwo, że ma spódnicę za dwa tysiące? Nie możesz zamknąć ryja i iść po ten oryginalny Coaxil za 17 zł?”.

Ups. Skąd znam te ceny? Pewnie z powodu wspaniałej pamięci do liczb. Zaraz sobie wyrecytuję liczbę Eulera by się w tym przekonaniu utwierdzić. Do Polańskiej się nie załapałem. Czysto losowa sprawa.