wiertarka-sds-udar

Wiertarka SDS

Nie mam pojęcia co to takiego, bo skąd miałbym mieć? Wiem tylko, że wchodzi w beton jak w masło. Nieodzowne narzędzie dla prawdziwego mężczyzny, ale nie o tym. Chcę nawiązać znowu do wpisu Leny o ludziach z rysą. Nie pamiętam kawałów lecz dwa utkwiły mi w pamięci jak zardzewiałe gwoździe. Jeden z nich opowiada o Janie Kowalskim i jest najlepszym obrazem dorosłych ludzi uszkodzonych w dzieciństwie. Leci to jakoś tak:

Mieszkaniec parteru w dziesięciopiętrowym bloku Pan Jan Kowalski kupił w Praktikerze półki, haki i wkręty. Miał to wszystko zamontować w gierkowskim mieszkaniu z “wielkiej płyty”. Wielkiej oraz wymagającej wobec wiertarek. Długo Kowalski biedził się ze swoim Bosch’em. Wywiercił przez pół dnia 2 dziury i to nie do końca. Nie wiadomo jak ludzie kiedyś w ogóle wieszali obrazy z Bierutem na ścianach… Kowalski przypomniał sobie o dalekim koledze z pracy Henryku Wiśniewskim, który mieszka na 10-ym piętrze i posiada wspaniałą wiertarkę HILTI. Koniec końców wybrał się pieszo do Henryka pożyczyć sprzęt. Po drodze toczył wewnętrzną batalię.

I Piętro: To drogi sprzęt.

II Piętro: Co będzie gdy to akurat mi się zepsuje?

III Piętro: Szczotki się spalą.

IV Piętro: Znienawidzi mnie.

V Piętro: Później ja jego i te jebane półki na ścianę.

VI Piętro: Poza tym Henryk pewnie jest ostrożny i skąpy.

VII Piętro: Przynajmniej tak ludzie mówią.

VIII Piętro: (dyszy ciężko i kręci z rezygnacją głową).

IX Piętro: Drań!

X Piętro, podchodzi do drzwi bezszmerowo. Delikatnie wciska przycisk dzwonka tak by sygnał trwał jak najkrócej. Nie czekał długo. Za drzwiami krzątanina, otwieranie zamka drzwi.

Pojawia się Henryk ze szczerym uśmiechem, od razu poznaje Jana.

Henryk pyta: – Cześć, co dobrego słychać?

Jan odpowiada opanowawszy zadyszkę: – A w dupę se wsadź tę wiertarkę!!!

Im jestem starszy tym lepiej rozumiem ten dowcip. Z każdym rokiem dokładnie smakuję i czuję kolejne jego coraz to subtelniejsze warstwy. Co gorsza z wiekiem jest coraz bardziej gorzej. Na primier trzy slajdy z mojego życia.

Jest ciepły, bezśnieżny sylwester. Podwiozłem przyszłą żonę do jej babci mieszkającej w szemranej dzielnicy, ale nie aż tak szemranej bym ją eskortować musiał do drzwi. Poza tym poszła na kilka minut. Przed drzwiami klatki schodowej pojawiło się po chwili kilka nastolatek wyraźnie już podchmielonych (sylwester). Chichrają (jest w ogóle taki czasownik?). Ja palę przez otwarte okno w aucie. Wtem jedna z nich wyglądająca na herszta tej paczki podchodzi i wsuwa mi się do auta przez otwarte okno.

I.

8/10 licealistka pyta: – Dobry wieczór, czy mogę Panu zrobić loda?

– Pewnie, ale jest ale. W tej chwili myślałem sobie “co kraj, miasto, dzielnica, to obyczaj”. Może na tej ulicy panuje pradawny przesąd, że gdy w Sylwestra zrobi się obcemu loda, to będzie się miało szczęście w miłości cały rok? W końcu nie wiem wszystkiego, nie jestem etnografem.

– Słuchaj, jesteś bardzo fajna, ale wysuń się, bo zaraz wróci moja (przyszła żona) i Ty nad moim rozporkiem, wiesz, to będzie kiepska sytuacja.

Wiem co myślicie. Pewnie by zdążyła. Nie dowiemy się już tego.

 

II.

Po trzydziestce już na poważnie szukałem “miłości”. Robiłem jeden, dwa, czasem nawet trzy kroki do przodu. Zawsze jednak wybierałem kobiety typu “Jan”. Nie policzę ile razy w ryja dostałem, ile podłóg wyfroterowałem samym sobą. Zresztą spotykamy takich ludzi jakimi jesteśmy. Jan spotyka Janów. W końcu zamieniłem się w jakąś makabryczną formę Henryka i zanim Jan zapuka do moich drzwi robiłem sobie seppuku wsadzając wiertarkę (włączoną) we własną dupę.

 

III.

Po czterdziestce nie szukam, nie otwieram drzwi. Nie wsadzam nikomu wiertarki do dupy, sobie też nie. Mój ulubiony przycisk w androidzie to samolocik.