frytki-bar

Frytki, raaaz, psze!

Krzyknęła dziewczyna zza baru, urodzona może 5-10 lat po przemianach ustrojowych z 1989 roku. Młoda, chrupiąca fryteczka.

Problem w tym, że bar znajduje się w olbrzymim ośrodku rehabilitacji gdzie ludzie bez nóg, rąk, po udarach i innych ciulstwach mają dochodzić do zdrowia i do siebie. Lubię tam siadać, bo niełatwo jest spotkać żywą skamienielinę w rodzaju ryby Latimerii. Nie ma już Pewexów, nie ma już “Społem”. Tzn zostały znaki firmowe jak płyn Ludwik czy kioski Ruchu, ale panuje tam już zachodni styl (nie wspominając o Empiku – Mc Donaldzie dla ćwierćinteligentów). Bar w Reptach jest prawdziwy peerelowski do bólu. Każdy scenograf mógłby się w nim uczyć sztuki. Nawet mina barmanki jest prawdziwa i taka jaką się pamięta sprzed 30 lat. Mina, która mówi “kurwa, i czego jeszcze?”.

Wracając do meritum. Drze się: Fryyyyytki, pszeeeee!

Z oddali czołga się po ziemi ludzka gąsienica bez nóg, z jedną ręką, ślepa. Maca tą jedną dłonią podłogę by znaleźć drogę do baru. Ludzie przy stolikach patrzą pod nogi jak na pytona, który wypierdolił z Zoo w Chorzowie. Z głośników zasyfiałych od tłuszczu z frytkownicy leci “Szoł mi de łej tu de nekst łyski bar“.