arka-przymierza

Sylwester

podziel się

To najokrutniejszy czas dla tzw. samotnych ludzi. Mamy czasem żony i mężów, koleżanki oraz przyjaciół. Często w dwu albo i trzy cyfrowej ilości.

To nie zmienia niestety istoty sprawy. M1 w tym roku wyjechała 25 tysięcy kilometrów od domu by “tego” nie czuć. Nie wiem jak się udało, ale dostałem z pięć razy życzenia, bo nie umiała doliczyć się różnicy czasu. Dziesięć lat temu próbowała wyciągnąć mnie do teatru (co za nonsens – chociaż może skupienie na szoł pomogłoby się odkleić – niestety w T-Shirtach nie wpuszczają).

Doszliśmy wspólnie do wniosku, że od Świąt BN, Wigilii, bardziej przejebany dla “singli” jest Sylwester/Nowy Rok. Ostatnią zmianę kalendarza po prostu przespałem cudownie się wysypiając. Nigdy nie rozumiałem tej euforii związanej ze starzeniem się o rok. Nie kumam zalewania mordy na mrozie na centralnym placu miasta. Z przyczyn nieznanych, ale potwierdzonych empirycznie, sylwek jest dla samotnych wyjątkowo chujowy. Przypomniałem sobie kilka samotnych sylwestrów i przyznałem M1 rację. Nie zawsze ją muszę mieć. A propos nowa koleżanka (chłopiec do bicia) M2 wybrała się nawet do NY świętować odchodzącą młodość pod kryształową kulą. Snobizm? Nie, pusty jak kineskop tłumok…

Cofając się w czasie o ponad dekadę; odprawiłem “moją” kobietę by w spokoju mogła mnie zdradzać, byłem na etapie zerwania kontaktów z rodziną a przyjaciół i znajomych nie informowałem o nowym numerze telefonu ani miejscu pobytu. Pora przyznać się przed samym sobą, że ta noc była dla mnie prawdziwie piekielna. By nie zwariować po północy wybrałem się piechotą na miejski rynek tak by być przynajmniej w pobliżu innych, obcych ludzi.

Tłum zalanych ryjów powoli się przerzedzał. Mróz (Tak, kiedyś były zimy i mrozy) wyganiał śmiałków. Stanąłem gdzieś w rogu rynku jak pokutnik w kościele zawstydzony własnymi grzechami. Przyglądałem się temu chaosowi wyraźnie utulony i uspokojony. Wtem samochód obok odpalił silnik, włączył światła. Po chwili zmienił światła na “długie”. Nie zrozumiałem w pierwszej chwili o co chodzi. W odległości około 15 metrów jak księżyc w pełni świeciła odbitym światłem cudnej urody kobieca dupa. Bardzo kształtna i apetyczna. Pośladki wystawały spod białego płaszczyka, dziewczyna kucała. Zdaje się, że kończyła właśnie siku na środku rynku. Pomyślałem na głos; “kwo wadis o Ludzkości!?”. Chcielibyście? Takiego wała. Pomyślałem sobie; “ale piękna dupa, szkoda, że już wciąga majtki”. Po dziesięciu kilometrach na mrozie przyszło mi łatwo zasnąć.

Jeżeli kiedyś trafię wielką kumulację to kupie sobie na aukcji w Sothebys Arkę Przymierza i postawię ją w ogrodzie. Każę zasadzić stokrotki (dejzis) i zatrudnię hostessę z ładnym tyłeczkiem, którą będę prosił co kilka miesięcy o to by się wysikała na tę niewinną roślinkę. Rzadko, tak by mi się za szybko nie znudziło.

więcej

::: dziennik słowa # , , , .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *