monika

Bigos

podziel się

Każdy nawet największy pomyleniec czy “zjebana/y za młodu” ma okres w życiu, który można nazwać uśpionym. “Wirus” jest w hibernacji, inkubuje się, mnoży się bezobjawowo, jak HIV. Człowiek prowadzi normalne życie bez żadnych ekscesów. Scenariusze romantycznych sitkomów wydają mu się niedorzeczne jak program wyborczy palikota, a jego/jej życie nudne i przewidywalne. Studia, żona, praca, spotkania. Moim jedynym grzechem w owym czasie było palenie papierosów.

Moja praca była oddzielona od ulicy wielką, szklaną witryną. Uliczka prowadziła do starego targowiska. Rozkwitały na niej firmy i bogate sklepy chociaż historycznie dzielnica należała do biednych Żydów. Kamieniczki biedne, to nie Antwerpia, i handlarze diamentów je zamieszkiwali. Dokładnie po drugiej stronie stała najbiedniejsza, parterowa, z poddaszem i chyba najstarsza. Nad parterem dwa małe okienka z dwoma panienkami. Atrakcyjne sweet 16 i sweet 17. Siostry bardzo od siebie różne jak nie siostry.

W tym też czasie kończył się mroczny wiek modemów telefonicznych i upiornych rachunków za internet przez stacjonarny telefon. Jeden z biznesmenów – wizjonerów postanowił kupić od Telekomunikacji sztywne łącze internetowe o kosmicznej przepustowości jednego megabita. Zaprosili mnie nawet na demonstrację do swojej siedziby. Plik ściągał się z prędkością 100kb na sekundę. Oniemiałem. Podłączył amatorsko do tej sieci dziesiątki firm i prywatnych ludzi. Mnie i dwie nastolatki z przeciwka również. Sieć padała po każdym deszczu, po każdej burzy, po każdym błędzie. Działała stabilnie 10% czasu, paliła ludziom komputery, rozrzucone kable po dachach przypominały Bombaj w Indiach.

Zalety taniego internetu; 60% populacji z sobą flirtowało, 40% grało w gry sieciowe. W tamtym czasie internet nie oferował niczego bardziej gorącego od Mirca (Internet Relay Chat co można przetłumaczyć jako pogaduszki w czasie rzeczywistym). Kilka razy pomogłem z komputerem sąsiadkom z naprzeciwka, ale pamiętajcie, że byłem wtedy jeszcze w stanie hibernacji. Nawet przez myśl mi nie przeszła możliwość wzięcia takiej panny na rożen.

Moniki dokładnie. Moniki z bardzo rzadkim obecnie nazwiskiem i bardzo żydowskim i jednocześnie nie kończącym się na “stein”. Monika miała między innymi rodzinę w Wilnie. Oni są jak Chińczycy na emigracji. Ciocie mieszkają od Kijowa po Lizbonę. Pulchna lecz nie gruba. Wszystkiego trochę za dużo. Najwięcej piersi, trochę za dużo tyłka, usta pełne jak u Scarlett Johansson. Skóra biała i delikatna. Chodząca fantazja i szczypta papryki czerwonej w postaci okularów doskonale dobranych do buzi. Bez skojarzeń oczywiście.

Kiedyś zaproponowałem przyjście do komputera. Żal mi się zrobiło dziewczyny targającej metalową skrzynkę. To co zobaczyłem przeorało mi mentalność i wszystko co myślałem, że wiem o Świecie. Zobaczyłem izbę jak z filmu historycznego. Jej ojciec ubrany w gumofilce i czapkę jak z obrazów Reymonta, z brodą a la “Skrzypek Na Dachu”. Nie pamiętam koszuli i spodni, ale jestem przekonany, że zajebał je ze skansenu z jakiegoś getta w carskiej Rosji. Przy okazji moje oko “fachowca” dodało kamieniczce jeszcze dwieście lat. Dziewczyny mieszkały pól piętra wyżej – na szczęście.

Monika zagadała na IRC’u gdy siedziałem swym zwyczajem w pracy do nocy. Jak to osoba nieprzyzwyczajona do bycie w “domu”.

[…][Zapraszam do części II]

więcej

::: dziennik słowa # , , , , , , , .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *