bigos

Bigos – rozdział II

podziel się

Za dużo tego porno. Muszę pomyśleć jak ugrzecznić blogaska, bo gdy patrzę na ranking najpopularniejszych wpisów gdzie same gołe dupy królują to włos się jeży na głowie (dosłownie jeden włos)… Monikę znałem przed trzydziestką czyli w czasach uśpienia. W tych czasach ludzie mający żony jakby pojebani by nie byli, nie zdradzają ich. Jeśli więc czekacie na jakieś pikantne kawałki, to przewróćcie kartkę, przewińcie lub cokolwiek.

Był tylko jeden moment. Pewnego razu znajomy z firmy “brama obok” pożyczył mi na dzień swoje sportowe auto. Jeździłem po mieście i cieszyłem się z tego, że wciska w fotel nawet na piątym biegu. Nie miałem pojęcia po co są sportowe, czerwone auta. Do czego tak naprawdę się przydają. No i po godzinie się dowiedziałem. Spotkałem Monikę z naprzeciwka. Zatrzymałem czerwone auto i zapytałem gdzie idzie. Na angielski, na ulicę Wrocławską. Mówię; wskakuj podwiozę Cię. W dobrej wierze i bez podtekstów. Słowo honoru. Dowiozłem, zaparkowałem a Ona rzuca się na mnie i całuje tymi wydatnymi mokrymi ustami. jak glonojad się przyssała albo jak minóg (taka śliska i mokra, soczysta prawie-ryba). Odessała się i w uśmiechu pokazała ładne i lekko krzywe zęby. Ciekawe jak w takich chwilach człowiek wszystko w drugiej osobie kocha. Kocha niedoskonałości, rozmazaną szminkę, kontur oka, który wyjechał pół centymetra za daleko. Kurcze, to naprawdę było coś. Wtedy dowiedziałem się po co są czerwone, sportowe auta. Nigdy nie generalizowałem i ani chwili nie krytykowałem za to kobiet. Przyjąłem ten fakt do wiadomości i tyle.

Ale miesiące wcześniej napisała do mnie widząc zapalone światło z okna, czy może mi się jakoś odwdzięczyć za naprawę komputera. Broniłem się jak pensjonarka. Uspokoiło mnie to, że dorzuciła autorytet jej własnej matki “mama nalega”. Przyniosę Ci BIGOS! Zjesz coś, już późno. przyniosła. Nie pamiętam smaku tylko wielkie kawałki kiełbasy. Zatkało mnie to, że ktoś jest dla mnie dobry niemal bezinteresownie.

Raz jeszcze byłem z nią w “polu karnym”. Spotkaliśmy się w modnym klubie. Ciężko mi opisać te miejsce. Nie ma odpowiednika. Przedziwna krzyżówka speluny, baru grającego rocka i dyskoteki. Pisane przez K a nie przez club. Zapamiętałem jej spojrzenie z metra i 64 centymetrów w górę w moje oczy. Nie miałem wtedy pojęcia co ono znaczyło. Patrzyła i mówiła weź mnie, oczywiście trochę musisz się postarać żeby formalności stało się zadość, weź mnie, bo może mam 17 lat i nieporadny makijaż, ale to nie feler, zrobię wszystko o czym dotąd czytałam w internecie. Postawiłem jej piwo i jakoś delikatnie odprawiłem. Chyba uciekła z tego wieczoru.

Co kilka lat spotykałem ją słuchając coraz to okropniejszych okropieństw. Choroby jej rodziców. Miłość do rówieśnika z drugiego końca Polski. Ciąża z tym patafianem. Koleś się zmywa. Właściwie nawet nie musi. Mieszka 700 km od niej i wystarczy, że jako dziecko nie rozumie faktu nadchodzącego jego dziecka. Monika ucieka do rodziny w Niemczech. Rodzi w warunkach opiekuńczego państwa. Zrzeka się praw rodzicielskich tracąc na wieczność możliwość kontaktu z własnym ciałem i krwią. Wypiera się z całej siły. Teraz dziecko powinno już być w “jej” wieku. Zbliża się do dorosłości i świetnie mówi po niemiecku. Może nawet para szkopów nie wtajemniczyła go w sprawę adopcji, skąd pochodzi i kto tak naprawdę go począł.

Rzeczy, które wypieramy ze świadomości wracają do nas jak bumerang ze zdwojoną siłą. Jeżeli czemuś co JEST zaprzeczamy, to coś będzie nas prześladować jak złośliwy demon wrzeszcząc nam do ucha; “JESTEM”.

ciaza-macierzynstwo

I tak Monika wkrótce znalazła pracę jako mamka, opiekunka do dzieci, bejbisiter, operka (au pair). Taka osoba ma łóżko, jedzenie, radość z mieszkania w bogatym domu i 100 euro kieszonkowego, bo ciężko to nazwać zarobkiem. Taka praca dobra jest dla dwudziestolatki. Ktoś kto ją wykonuje w wieku lat 30 w Belgii jest już bez wątpienia w patologicznej konstelacji życiowej. Monika rok, dwa po oddaniu własnego dziecka była w stanie tak strasznym, że nawet nie miałem pomysłu jak jej pomóc. Nawet nie próbowałem i z pełnym zrozumieniem przyjąłbym jej samobójstwo. Po dziesięciu latach była jedną wielką zabliźnioną raną przy której trzeba było się pilnować by nie poruszyć tematu “dziecko”. Zatem słuchałem opowieści o jej kolejnych chłopakach, belgijskich arabach. Na przemian żyli z socjalu i opieki belgijskich zakładów karnych. Ona dalej opiekowała się cudzymi dziećmi. Od święta dobrzy ludzie zabierali ją nawet nad ciepłe morze południa Europy. Nie dalej, bo trzeba kupić dla Moniki ekstra bilet na samolot.

Z pięć lat temu niechcący wystawiłem ją ze spotkaniem. Obraziła się jak najbardziej słusznie i tyle.

więcej

::: dziennik słowa # , , , , .

One Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *