cetetka-na-nartach

ZIMOWE IGRZYSKA ŚMIERCI

Jak Wam już wiadomo jestem „córeczką tatusia”, a co za tym idzie także Księżniczką. W swoim otoczeniu mam wiele koleżanek po fachu. Jedne bywają bardziej księżniczkowate inne mniej. Te pierwsze pochłaniają więcej mojej energii przy tych drugich chyba sama ładuję baterie, potrzebne do codziennej walki.

Jedna z psiapsiółek (nazwijmy ją Księżniczka Nr 1 – będzie o niej pewnie jeszcze nie jeden wpis), zaproponowała wspólny wyjazd w góry, na narty. Miał to być wyjazd fantastyczny. Fantastyczny bo cetetkowy, wspólna jazda na nartach, wspólne posiłki, pogaduchy, wieczorne wyjścia. Brakowało tylko jeszcze wspólnego puszczania bąków. Nadmienię, iż wszystko co cetetkowe jest do szpiku kości agresywne, tyle tylko, że oblane solidnie dużą ilością lukru. Zakonserwowane tak, że aż się mdło robi.
W skali agresywności od 1 do 10, Nr 1 spokojnie zasługuje na 11.

Przez całe 3 dni spędzone z Księżniczką Nr 1 czułam tę negatywną energię. Zastanawiałam się nawet, co takiego może się wydarzy, gdzie ona da upust tej złości skumulowanej chyba w jej własnej dupie. W pobliżu nie było przecież nikogo, nikogo poza mną oczywiście. Myślałam: „nie, to niemożliwe, przesadzasz”… Drugiego dnia pobytu zdarzyło się jednak coś, o czym wolałabym nie pamiętać. Odbyła się prawdziwa legalna cetetkowa masakra kijem metalowym na stoku. Nr 1 (pierwszy raz w życiu na nartach – nie pomógł nawet wynajęty instruktor) z całym impetem wjechała we mnie, podcinając mi nogi i waląc kijem narciarskim prosto w twarz. Szok jaki przeżyłam w tamtym momencie znieczulił ból, który przyszedł później. Czułam tylko pulsujące usta i zalewającą mnie ciepłą krew, która pod wpływem zimna krzepła w ciągu kilku sekund. Jej w końcu zeszło ciśnienie gromadzone pewnie od jakiegoś czasu, uspokoiła się a mnie tylko obniżył się poziom płytek krwi. Podczas podróży na ostry dyżur sprawdziłam stan uzębienia. Były wszystkie, odetchnęłam z ulgą. Obyło się także bez szycia ale do dnia dzisiejszego językiem wyczuwam małe zgrubienie na dolnej wardze. Taki mały defekt, pamiątka z zimowych wakacji.

Ostatni dzień był już tylko czasem pakowania i mojej modlitwy o szczęśliwy powrót do domu. Nr 1 była kierowcą. Istniało przecież duże prawdopodobieństwo, że skoro nie udało jej się zabić mnie na stoku, będzie chciała tego dokonać w drodze powrotnej.
Uszłam z życiem. Wróciłam do domu. Zmęczona fizycznie i psychicznie (a były to tylko 3 cholerne dni), dałam radę jedynie doczołgać się do łóżka by naciągnąć kołdrę i zasnąć. Tak bardzo chciałam odpocząć.

Na dobre wyleczyłam się ze wspólnych wyjazdów z jakąkolwiek agresywną istotą. Jasne, że zdarzają mi się wpadki i daję się nabrać na ten lukier. Obserwuję wtedy bacznie otoczenie i maksymalnie skupiam się na własnym bezpieczeństwie. Po co ryzykować i jakim kosztem ma się to odbyć. Do czego musi dojść , żeby w końcu zrozumieć, żeby dotarło, że bycie „córeczką tatusia”, do tego bardzo agresywną nie wróży niczego dobrego a wręcz przeciwnie sprowadza na człowieka same nieszczęścia.

Nr 1 nie powiedziała nawet przepraszam.

SYNEK-MAMUSI

PÓŁ ŻARTEM, PÓŁ SERIO

Synusiów mamusi dzielę na takich, po których z góry wiadomo czego można się spodziewać (nie będę omawiać tego przypadku z wiadomych przyczyn) oraz takich, którzy działają jak przyczajony tygrys, ukryty smok. Inaczej można ich też nazwać „wstrząśnięty nie zmieszany”. To typ zmienny jak pogoda w górach. Nigdy nie wiesz w jakim nastroju będzie dany pacjent, i nawet jeśli staniesz na rzęsach to nie wygodzisz, nigdy!!

Szczególnym uczuciem darzę właśnie mężczyzn z wariantu II i tylko z nich czerpię inspirację do działania i postępowania z następnym w kolejności Panem. No co, lubię wyzwania ;) Wariantem I nie zajmuję się wcale, zasmarkany chłopczyk w przykrótkich spodenkach jest niereformowalny tzw. mission impossible.

Wracając jednak do moich upodobań, to mężczyzna taki potrafi być naprawdę ujmujący. Kusi, wabi, kokietuje tak kurwa kokietuje, otwiera drzwi w samochodzie, przynosi kwiaty, własnoręcznie przygotuje kolację, przywozi, zawozi, komplementuje, dosłownie wygina się jak akrobata w cyrku. W sumie dobrze wie (ma to zapisane chyba w DNA) jak urobić córeczkę tatusia, bycie księżniczką przecież to nasza życiowa rola. Robi wszystko żebyś poczuła się wyjątkowo jak milion dolarów albo i dwa, i kiedy już się poddajesz stwierdzając, że to wymarzony kandydat na cokolwiek, że może być potencjalnym dawca nasienia, że jest godny przedstawienia tatusiowi, ON znienacka wali z półobrotu w twarz (i proszę tego nie mylić z przemocą fizyczną, nic z tych rzeczy), od to taka wyszukana czułość z jego strony. Suniesz parę metrów po podłodze z nakrytymi na głowie nogami zanim dochodzi do Ciebie fakt, że coś poszło nie tak.

Oczywiście są sygnały przepowiadające nadejście wielkiego dramatu zwanego potocznie rozczarowaniem miłosnym lub zawodem miłosnym, jak kto woli. My jednak zachowujemy się wtedy tak, jak gdybyśmy nie chciały widzieć problemu. Osobiście dla mnie jest to jak czekanie na nadejście tsunami. Człowiek stoi i gapi się jak ocean cofa się, przeczuwając podświadomie jednak że coś tu jest nie tak, nie ucieka, robi zdjęcia, uśmiecha się do kamery czasem nawet sam biegnie w głąb popatrzeć jak to możliwe. Dziwi się i robi wielkie przestraszone oczy i nagle zalewa go fala najbardziej chujowego uczucia na świecie. Nie mam bladego pojęcia czy można tego uniknąć w ogóle. Mam już jednak kilka opanowanych i sprawdzonych schematów wg których postępuje potencjalny klient i jeśli tylko zauważam któryś z objawów, wycofuje się natychmiast. Oto one:

* prymityw – wypowiada do Ciebie słowa: „pojebało Cię”, „jesteś głupia” – nie ma się co łudzić i udawać, że wszystko jest ok albo, że się tego nie słyszało. Trzeba spierdalać i to w trybie pilnym;

* domator – jak już słusznie zostało zauważone we wcześniejszym wpisie dotyczącym rozpoznawania synusia mamusi, nigdy nie zostaje na noc;

* rozczulający – „przypominasz mi moją mamę”, „mówisz jak moja mama” (rzadko bądź wcale nie używa słowa matka) – trzeba spierdalać, tylko szybciej niż w wariancie prymitywnym, nawet jeśli jesteś we własnym mieszkaniu schowaj się do szafy i przeczekaj, aż opuści Twój azyl;

* powściągliwy – taki osobnik nie pocałuje Cię w miejscu publicznym, bo „jest za dużo ludzi” – WTF nawet nie komentuję… możne ewentualnie mamy do czynienia z panem kochającym inaczej, wtedy to tłumaczy wszystko;

* seksualnie niebezpieczny – dla zasady nie przeleci Cię właśnie wtedy kiedy masz na to ochotę, bo jak to „mam zrobić Ci dobrze, wykluczone”. Może dojść nawet do tego, że w sytuacji kiedy ciężko powiedzieć sobie już STOP, usłyszysz, że „chyba powinnaś pojechać do domu” – wtedy jesteś w takim szoku, że brak Ci sił na spierdalanie, pędem jednak prawą ręką zapinasz stanik, lewą podciągasz majtki a stopą szukasz rozrzuconej po podłodze biżuterii. Wtedy też trzeba spierdalać, nie ma zmiłuj!!
Odnosząc się do tego schematu dodam tylko, że normalny facet, podkreślam normalny nie przepuści żadnej okazji i bzyknie Cię chociażby dla samej zasady bzyknięcia. Tak było, jest i będzie na wieki wieków!!

Powyższe to tylko wierzchołek góry lodowe. Jeśli ktoś ma coś do dodania to bardzo proszę, chętnie podszkolę się w rozpoznawaniu SM. Spokojnie panowie, o córeczkach tatusia też będzie.

biust-cycki-duze

JEŚLI NIE CYCKI TO CO?!

Stał ktoś kiedyś w kolejce po cycki? Ja stałam i to bardzo długo stałam i czekałam odkąd pamiętam, zastanawiając się dlaczego Matka Natura obdarzyła mnie takim „niczym”, a może to po prostu chujowe geny, kto wie… aż do momentu kiedy w darze otrzymałam pewną wiedzę, pogłębianą zresztą po dzień dzisiejszy, na temat BYCIA córeczką tatusia albo jak kto woli C.T. Było już jednak za późno na ratunek dla mnie….

Na to abym mogła stać się szczęśliwą posiadaczka dwóch cudownych wypukłości, ktoś zapracował własną dupą, dosłownie. Na szczęście nie byłam to ja…  Mam jednak nadzieję, że dzięki NIEJ wielu mężczyzn miało okazje doświadczyć fantastycznego seksu, ba nawet zakochać się w iluzji pozornej miłości za pieniądze. Może byleś jednym z nich i dołożyłeś parę złotych do mojego nowego biustu.

coreczka tatusiaCzy żałuję? Teraz może i tak, ponieważ wiedza, którą posiadłam utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, że cycki nie pomogły mi w niczym, chociaż myślałam ze zmienią całe moje życie, że uczynią mnie w końcu szczęśliwą!! No ale cóż, tak jednak się nie stało, co oczywiście nie oznacza, że pozbędę się czegoś co kosztowało 13 tys. zł, była by to skrajna nieodpowiedzialność i kompletny brak szacunku z mojej strony dla wypinanego w nocnym klubie tyłeczka. Poza tym dobrze wyglądam teraz bez i w ubraniu (kto widział ten wie). Patrząc jednak z perspektywy czasu, wolałabym wydać te nie swoje paręnaście tysięcy na spędzanie czasu w dobrym towarzystwie prawdziwych i sensownych ludzi, zajadając się przy tym smacznym jedzeniem i popijając wytrawnym trunkiem. Starczyło by na kilka wspaniałych lat. Była by to uczta nie tylko dla ciała ale i ducha, a to o wiele więcej, niż te dwie silikonowe wkładki obciągnięte moją skórą. Smutne ale prawdziwe.

Wiec jeśli nie cycki to co uszczęśliwia kobietę?

Ps. Nie odradzam jeśli ktoś planuje. Każdy wybiera własną ścieżkę „kariery”.